Gdy Patrycja poprosiła mnie, żebym napisała post o maseczkach w głowie pojawiło mi się milion myśli, milion pomysłów i milion masek, o których chciałabym Wam napisać… Bo muszę to przyznać głośno – jestem od masek uzależniona 🙂 To zdecydowanie mój ulubiony typ kosmetyków i ciężko byłoby mi z nich zrezygnować.

Dlaczego​ ​je​ ​lubię?

Bo bardzo wzbogacają moją pielęgnację. W codziennej rutynie stosuję coś do mycia, do tonizowania, serum i krem i to stanowi moją bazę i fundament. A skóra wiadomo, jest tworem żywym, każdego dnia wygląda inaczej, ma inne potrzeby. I tutaj zbawieniem okazują się maski. Mogę je dostosować do aktualnego stanu mojej cery – nieprzespana noc, wysyp niedoskonałości, poparzenie słoneczne, czy odwodnienie spowodowane długim przebywaniem na mrozie… Na każdą z tych sytuacji znajdzie się odpowiednia maska 🙂

Jakie​ ​maski​ naturalne ​używam na twarz

Jakie​ ​maski​ ​używam?

No​ ​właśnie,​ ​a​ ​jakie​ ​maski​ ​używam?

Mogłabym skłamać mówiąc, że wszystkie 🙂 Bo jest ich tyle, że ciężko nadążyć za nowościami. Firmy non stop ścigają się w tworzeniu innowacyjnych technologii i formuł. Ale używam bardzo wielu wariatów i zaraz opiszę Wam tutaj moich faworytów 🙂

Maski​ ​glinkowe

Od tego zaczęłam moją świadomą pielęgnację. I muszę przyznać, że to one jako pierwsze wyraźnie poprawiły stan mojej cery. Są tanie i banalne w przygotowaniu. Łatwo je urozmaicić prostymi dodatkami, jak olejki, ekstrakty, czy nawet produkty z naszej kuchni (miód, jogurt, kakao). Tak naprawdę wystarczy glinka + woda (destylowana albo przynajmniej przegotowana, lepiej nie używać tej z kranu). Ja jednak najchętniej mieszam glinki z hydrolatami. Zawsze to jakiś dodatkowy zastrzyk substancji odżywczych dla mojej buźki 🙂

Glinki przede wszystkim oczyszczają naszą skórę, a dodatkowo wygładzają ją i regulują jej pracę. Wiadomo – rodzajów jest multum i każdy producent opisuje dokładnie dla kogo dana glinka jest przeznaczona. Przykładowo: biała jest najbardziej uniwersalna, czerwona polecana jest dla skóry naczynkowej, a zielona dla problematycznej, skłonnej do wyprysków.

Pamiętajcie, by glinka na Waszej twarzy nie zaschła na skorupkę. Spryskajcie ją wodą termalną, albo właśnie wodą kwiatową z którą ją zmieszaliście (butelki z atomizerem to świetne rozwiązanie!).

Maski​ ​algowe

To kolejny hit, który odkryłam już troszkę później. Maski algowe to dla mnie przede wszystkim olbrzymie ukojenie i wyciszenie dla skóry. Dają też niesamowitego, nawilżającego kopa. Twarz po nich jest tak gładka, że mam ochotę sama się po niej głaskać 🙂 Standardowe nakładamy grubą warstwą, następnie ściągamy je jako jeden płat. Są często używane w gabinetach kosmetycznych lub salonach SPA. Trzeba nauczyć się je mieszać, bo na początku może nie być to tak proste jak w przypadku glinek. Dobrze zaopatrzyć się w miękką miskę i specjalną szpatułkę i za jej pomocą mieszać równocześnie rozcierając maskę o ścianki miski.

Ostatnim, algowym hitem okazały się u mnie maski Chic Chiq 🙂 Używa się ich w mniejszych ilościach, a potem zmywając najpierw lekko roluje, a dopiero później domywa wodą. Są łatwiejsze do rozrobienia, niż klasyczne algi i nawet laik sobie z nimi poradzi. A efekt, jaki dają jest nawet jeszcze lepszy 😀 Ale to wszystko zasługa tych cudownych ekstraktów, których Pati nie żałowała przy produkcji 🙂

Maski​ ​w​ ​płachcie

To trend, który trafił do nas prosto z Azji. Mimo, że większość z nich nie należy do kosmetyków naturalnych to i tak bardzo je lubię. Są prostym i szybkim rozwiązaniem, gdy nie mam za dużo czasu na zabawę z mieszaniem czegokolwiek. Świetnie sprawdzają się też na wyjazdy. Kuszą swoim niebanalnym wyglądem – nierzadko ciekawymi nadrukami w postaci twarzy zwierzątek, czy innych kunsztownych wzorów. W Korei i w Japonii społeczeństwo kładzie olbrzymi nacisk na pielęgnację cery i ich kosmetyki zawierają sporo innowacyjnych formuł. Mimo, że jak pisałam wyżej, nie mają typowo naturalnych składów, w większości spisują się u mnie świetnie.

Maski​ ​całonocne

To też patent, który dotarł do nas z Dalekiego Wschodu. I również większość z tych masek nie jest niestety naturalna, ale sięgam po nie wtedy, gdy już kompletnie opadam z sił. Zazwyczaj dzieje się to, gdy wychodzimy gdzieś na dłużej i nie mam nawet ochoty bawić się w moją klasyczną rutynę pielęgnacyjną. Zmywam makijaż, tonizuję twarz i nakładam maskę całonocną. Rano ją zmywam, a buzia jest odpowiednio nawilżona i dodatkowo udaje mi się uniknąć typowych oznak zmęczenia, które mogłoby wystąpić po zbyt długim imprezowaniu, czy powrocie z podróży, który nastąpił w środku nocy.

Inne,​ ​gotowe​ ​maski

Nie wiedziałam jak nazwać ten podpunkt, bo do tego worka można wrzucić prawie wszystko. Czasem mam po prostu ochotę użyć gotowy produkt, który mogę sobie kupić w ładnym opakowaniu, wygodnej tubce, czy praktycznym słoiczku. Tutaj skład, konsystencja i wykończenie zależy tylko i wyłącznie od producenta 😉 Najczęściej sięgam po maski, które jako bazę zawierają glinki, a dalej mają jakieś inne substancje, które czynią je bardziej kremowymi. Lubię wszystkie produkty, które można potem zmyć. Raczej nie sięgam po te, które mają się wchłonąć. Typowo kremowe maski nie są po prostu dla mnie.

Obserwuj swoją skórę!

Najlepsza wskazówka? Obserwuj swoją skórę!

Jaką​ ​maskę​ ​wybrać​ ​na​ ​początek​ ​przygody?

Pamiętajcie, że są to tylko moje sugestie! Każdy jest tworem indywidualnym i różnie reaguje na różne składniki. Najlepszą wskazówką, jaką mogę Wam dać na początek jest – obserwuj swoją skórę! Jeśli po czymś wygląda ładnie – używaj tego. Jeżeli jej stan się pogarsza, spróbuj przyjrzeć się bliżej składowi, odszukaj winowajcę i wyeliminuj go ze swojej pielęgnacji. Na początku to wszystko może wydawać Wam się czarną magią, ale po czasie zobaczycie, że coraz płynniej będą Wam przychodzić kosmetyczne wybory 🙂 No i przede wszystkim zobaczycie zmianę w wyglądzie Waszej cery 🙂 A to bardzo duża nagroda za te wszystkie “trudy” 🙂

Jak zacząć z maseczkami w zależności od typu cery

Pomyślałam, że na koniec machnę Wam prosty schemat, od czego najlepiej, a raczej najłatwiej zacząć – w zależności od typu cery:

Cera tłusta/mieszana/skłonna do wyprysków: – glinki! A szczególnie ta zielona. Jako dodatek możecie użyć kilku kropel olejku z drzewa herbacianego (ale uwaga! to olejek eteryczny, ma dużą moc, więc z nim nie przesadzajcie, bo nadmiar może wysuszyć!). Możecie też spróbować dodatku z oleju tamanu.

Cera naczyniowa: – sprawdź maski algowe, są delikatne, a z glinek sięgnij po tą czerwoną. Warto też znaleźć miejsce w swojej pielęgnacji dla witaminy C – może być osobnym składnikiem, albo skrywać się w takich półproduktach, jak olejek z dzikiej róży 🙂 Witamina C wzmacnia naczynia krwionośne, więc warto ją także dodać do swojej diety 🙂

Cera sucha/starzejąca się: – Algi oczywiście będą świetne, ale też te wszystkie maski w płacie mogą pomóc! Dają one dobre odżywienie i są łatwe w obsłudze 🙂 Jeśli jednak chcesz zdecydować się na maski glinkowe na początek wybierz białą i oprócz olejów spróbuj dodać do niej takie nawilżające produkty, jak żel hialuronowy, pantenol albo popularny ostatnio żel aloesowy 🙂

Autorka artykułu to Klaudia Toboła-Walas z bloga i kanału She-Wolf

 

NOWOŚĆ!

MISECZKA KOKOSOWA Z ŁYŻECZKĄ

W PREZENCIE NA WSZYSTKIE PRODUKTY -15% Z KODEM: COCONUT15

Dziękujemy !